Szczecin, mój port macierzysty

Od paru lat opisuję i pokazuję Wam tajemnicze zakątki świata, a przecież moje rodzinne miasto jest takie niezwykłe. Szczecin – tu się urodziłem, przeżyłem dzieciństwo, zdałem maturę w Centrum Edukacji Zdroje. Poznałem mądrość i zdobyłem doświadczenia, które pozwoliły mi w zdrowiu i szczęściu przemierzyć ponad sto krajów.
Przez ostatnie lata, choć większość czasu spędzam w drodze, Szczecin uważam za „mój port macierzysty”. Wygłaszając moje prelekcje na terenie całego kraju, z dumą o nim opowiadam.
Przyzywa mnie zarówno wspomnieniami z dawniejszych lat, jak i dzisiejszym swym pięknem. Lubię chadzać ulicami i wypatrywać szczegóły pamiętane z dzieciństwa. W takich chwilach pojawia się pytanie, na ile zmieniło się samo miasto, a na ile spojrzenie obserwującego?
Poniżej zdjęcia z filmu „KURC” w reż. Borysa Lankosza

Wspomnienia z Indonezji

Zamieszczam kilka zdjęć z mojego ostatniego pobytu w Indonezji ze stycznia i lutego 2020 roku. Tak sobie myślę, że przez najbliższe miesiące, a może nawet lata, będą nam musiały wystarczyć same wspomnienia lub wspomnienia innych. Granice pozostają zamknięte i nie wiadomo, na jak długo.
1. Typowa jawajska wieś. 2. Przeprawa przez rzekę. 3. Półmisek ze skamieniałego drewna. 5. Pola ryżowe. 6. Lokalna biżuteria.

Migawki ze świata

Ostatnie dwa miesiące obfitowały w niecodzienne wydarzenia, które nieoczekiwanie zatrzymały mnie w miejscu. Zanim do tego doszło, a o czym jeszcze napiszę, wspomnę, że od czasu podróży do Rosji, czyli w drugiej połowie 2019  roku, odwiedziłem kolejne kraje. Ponownie byłem między innymi w Emiratach Arabskich i Nepalu. W nielubianych przeze mnie  Indiach przeżyłem niezwykle święto światła – diwali. 

Ale przede wszystkim spełniłem też swoje wielkie marzenie, czyli przez całe cztery dni zwiedzałem Bhutan. Dlaczego zdecydowałem się na tak krótki pobyt? Ano dlatego, że jeden dzień kosztował 280 dolarów – to opłata za obowiązkowego przewodnika, wyżywnienie, transport i noclegi. Po tym niezwykłym kraju,  który dopiero niedawno otworzył się na świat i turystów, nie można podróżować samodzielnie. Spodziewałem się, że Bhutan podobny jest do Nepalu, okazało się jednak, że jest jedyny w swoim rodzaju. Zaskoczył mnie porządek panujących zarówno w miastach, jak i na wsiach.  Mieszkańcy ujęli mnie swą niezwykłą uprzejmością i wiedzą, wynikającą z bardzo wysokiego poziomu powszechnej edukacji. Ich zaaangażownie w praktyki religijne wydaje się  podyktowane nie tylko tym, że buddyzm jest w Królestwie Smoka religią jedynie uznawaną,  ale także wielką wewnętrzna potrzebą. W tej monarchii konstytucyjnej na każdym kroku spotykałem portrety króla o imionach Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, darzonego autentycznym szacunkiem.

Moja kolejna podróż  rozpoczęła się pod koniec stycznia 2020 roku w Malezji, do której leciałem przez już wtedy objętę epidemią Chiny. Na szczęście była to tylko przesiadka.

I znowu dane mi było spełnić moje kolejne marzenia, mimo że złowieszczy koronawirus pojawiał się w kolejnych krajach. Przede wszystkim przemierzyłem w ciągu jednej doby Tajwan i to autostopem – zawsze chciałem tego dokonać. Ale jeszcze bardziej chciałem zobaczyć wreszcie Japonię – zacząłem od malowniczej wyspy Okinawa, nie rezygnując przy tym z podróżowania autostopem.  W tym kraju okazało się to nie lada wyczynem. I znowu jak za dawnych lat wyczekiwałem na „okazję” w deszczu i na wietrze, nieopodal  Osaki zajęło mi to prawie całą dobę. Dawno tak nie zmarzłem. Dotarłem przez Fukuoka do Tokio, które obezwładniło mnie swym ogromem. Kolejny wymarzony kraj – Korea Południowa nieco mnie rozczarowała – jak tak bogate społeczeństwo może żyć w  takim bałaganie? To pytanie zadawałem sobie zarówno w Seulu, jak w nadmorskim Busan. Z ulgą poleciałem do Nowosybirska, by po badaniu na obecność w mym organizmie koronowirusa i po dobie spędzonej na lotnisku, rozpocząć nowy etap podróży w Kirgistanie w mieście Osz. I tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Celniczka znalazła w moim paszporcie pieczątkę z Japonii, co od razu zakwalifikowało mnie do deportacji. Ponieważ następny samolot był  nazajutrz, zamknięto mnie w izolatce, raczej bez wygód i bez wyżywienia. Jeden z pograniczników kupił mi jednak jedzenie.  Wylądowałem ponownie w Nowosybirsku, skąd wysłano mnie do Pragi. W ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem granic spowodowanym pandemią, znalazłem się w Polsce. 

Czy to oznacza koniec podróży?

Lato nie tylko w Europie

Lato trwa…

Podróż do Indonezji, połączona z pracą na rzecz firmy moich przyjaciół ( https://shekina.eu/pl/ ), obfitowała w różnorodne wydarzenia. Jedną z nich było pozostawienie obok mojego domu „klątwy śmierci”.

„Klątwa śmierci” przygotowana dla mnie w Indonezji

Wyprawa ta pozwoliła mi na zmianę mojej opinii o Indonezji, która wydawałą mi się do tej pory cudownym i przyjaznym krajem. Okazuje się jednak, że kiedy w grę wchodzą interesy, nastawienie miejscowych do europejskich przybyszów, delikatnie mówiąc – nie jest pozytywne. O tych nowych doświadczeniach napisałem w swojej książce, która wciąż się powiększa, ale kiedyś trzeba będzie jednak postawić tę ostatnią kropkę.

Natomiast czerwcowa Irlandia, widziana kolejny raz, nie rozczarowała. No, może pogoda mnie nie rozpieszczała, bo kiedy w Polsce upały nie dawały żyć i myśleć, na Zielonej Wyspie panował ożywczy chłodek. Ale może właśnie dlatego zachowywałem przytomność umysłu i udało mi się znaleźć miejsce niezwykłe – cmentarz z celtyckimi krzyżami w ruinach klasztoru Dromahair, o którym film możecie zobaczyć na moim kanale na You Tube.

https://www.youtube.com/watch?v=3qZjNOB1BT0

Jezioro Bicaz w Rumunii

Lipcowe – Ukraina, Mołdawia i Rumunia.

Od 1935 roku w miejscowosci Sapanta w Rumuni powstają niezwykłe drewniane stelle, na których umieszczane są scenki z życia pochowanych, opatrzone humorystycznymi opisami.
Zamek w Sorokach w Mołdawii

Lubię jeździć na wschód Europy, ponieważ tamtejsza rzeczywistość daje wrażenie większej różnorodności zachowań ludzkich i nieprzewidywalności wydarzeń. To jednak nadal obszar odmienny od uładzonego nieraz ponad miarę Zachodu, szczególnie architektonicznie, ale dzięki temu interesujący. Brzydota panująca w Rumunii przeradza się w swoiste i niepokojące piękno… A tego przecież tak pilnie poszukujemy…

Książka i prelekcje

Parę miesięcy temu postanowiłem pisać blog, ale tak naprawdę pochłaniały mnie wtedy prace nad moją zapowiadaną od kilku lat książką. Kiedy już w kwietniu wydawało mi się, że jest gotowa, okazało się , że jednak chcę ją poszerzyć i nieco zmienić jej formę. Nie tak łatwo zmieścić na założonych przeze mnie ponad stu stronach doświadczenia z dwadziestu pięciu lat podróży. Sposób mojego wędrowania zmieniał się nieco wraz z upływem lat, jednak prawie zawsze były to spontaniczne samotne wyprawy bez pieniędzy i mapy…

Po latach doszedłem do wniosku, że najlepsza dla mnie podróż, to taka, która niczemu konkretnemu nie służy. Po prostu jadę przed siebie, snuję się po świecie, nie wiedząc, gdzie przyjdzie spędzić następny dzień. Dla mnie liczą się wrażenia, spostrzeżenia, przemyślenia. Kiedy pojawia się już jakiś cel, to tak trochę ogranicza moją wrażliwość na to, co wokół. Podobnie jest z podróżowaniem z kimś. To oczywiście piękne dzielić się przeżyciami i widokami, ale czyjaś obecność też mnie ogranicza.

Za to po powrocie bardzo chętnie dzielę się moimi doświadczeniami z podróży podczas moich prelekcji, na których prezentuję filmy nagrywane w ponad stu do tej pory zwiedzonych krajach, obszernie i żywo je komentując. Uwielbiam stawać przed publicznością złożoną z słuchaczy z każdej grupy wiekowej i społecznej. Jak wiadomo, najtrudniej jest zaimponować przedszkolakom, ale to mi się udaje równie dobrze, jak szczera rozmowa z nastolatkami czy z ich babciami i dziadkami z Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Zapraszam na spotkania ze mną.

Witaj, świecie!

Wciąż pracuję nad swoją ksiażką

Chciałbym się z Wami dzielić na bieżąco moimi przemyśleniami z podróży, ale teraz zmobilizowałem się wreszcie, by skończyć swoją pierwszą książkę. Przygotowuję się też do marcowej wyprawy na Jawę i Borneo.

Do przeczytania wkrótce!