Książka już u czytelników!

Wydawnictwo KAdruk wysyła ekspresowo moją książkę w świat, a ja z niecierpliwością czekam na opinie i wrażenia z lektury…

Krótka wycieczka nad sztormowy Bałtyk

Mam wielką przyjemność osobiście wręczać moją książkę niektórym osobom, o których napisałem w rozdziale „Moi ludzie”, to Ci, którzy znacząco na mnie wpłynęli. Ale…

Na początku tomu widnieje wpis: „Książkę tę dedykuję wszystkim życzliwym mi osobom, które spotkałem na swojej drodze”, a było ich naprawdę tak wiele, że nie sposób ich wspomnieć. Pozostanę im wdzięczny do końca życia.

Jest książka!

W wielką radością wpisuję dedykację pierwszym dwustu czytelnikom.

29 marca 2021 roku stanie się jednym z najważniejszych dni w moim życiu. Dziś po raz pierwszy w siedzibie wydawnictwa KAdruk zobaczyłem moją wydrukowaną książkę!

Od razu zacząłem wpisywać dedykację, ponieważ pragnę, by zamówione w przedsprzedaży egzemplarze jak najszybciej trafiły do czytelników. Dołączam również zakładkę od moich przyjaciół, właścicieli firmy SHEKINA MEBLE, którzy są sponsorami mojej książki.

Wszystkim, którzy zechcą kupić i przeczytać moją opowieść „Na obrzeżach świata – w centrum życia”, życzę z całego serca pożytecznej lektury.

Przedsprzedaż mojej książki

Wczoraj zaczęła się przedsprzedaż mojej książki „Na obrzeżach świata – w centrum życia”. Przez dwa tygodnie promocyjna cena wynosić będzie 29.90 zł!

Zapraszam do zakupu:

https://wydawnictwo.kadruk.pl/produkt/na-obrzezach-swiata-w-centrum-zycia/

Mam wielką nadzieję, że niebawem będę mógł spotkać się z moimi czytelnikami na prelekcjach i spotkaniach autorskich. Nic nie zastąpi bowiem chwil, w których mogę dzielić się z Wami bezpośrednio moim doświadczeniem i przeżyciami zebranymi podczas 26 lat moich podróży.

Tymczasem – mogę podzielić się z Wami moimi refleksjami zawartymi w 77 rozdziałach ilustrowanych zdjęciami moimi i moich przyjaciół.

Przy okazji przedsprzedaży książki z wielką przyjemnością prezentuję Wam moje logo autorstwa Kai Cykalewicz
https://www.facebook.com/tamtedystudio/

Sponsorzy książki:

Przedwiośnie. Niebawem KSIĄŻKA!

„Na obrzeżach świata – w centrum życia”

Jestem Mu niezwykle wdzięczny za to, że mnie słuchał, wspierał i krytykował, a przede wszystkim – obdarzał bezinteresownym zainteresowaniem i konkretną pomocą. Cezary, tak jak i kilkanaście innych osób, znajdzie się w ostatnim rozdziale pod znaczącym tytułem „Moi ludzie”.

Całe swoje młodzieńcze i dorosłe życie powiązałem z podróżą, a właściwie – włóczęgą, którą uważam za najdoskonalszy sposób przemierzania przestrzeni i poznawania świata. Kiedy dwa lata temu zacząłem kończyć swoją książkę – a był to proces żmudny i długotrwały, służący doskonale rozwojowi nie tylko moich umiejętności pisarskich – pojawił się problem ustalenia tytułu. Wtedy mój mentor – Cezary Figurski, wymyślił go dosłownie w chwilę. To był dowód na to, jak bardzo dobrze poznał i mnie, i moje życie.

Cezary Figurski z młodzieżą objętą Akcją Serducho
https://akcjaserducho.pl/

Wśród nich – Krzysztof Łyszczyk, przyjaciel od lat młodzieńczych, mój niezwodny „anioł stróż”. Razem wpadliśmy na pomysł założenia firmy, która sprowadza piękne drewniane meble z Indonezji (jednego z moich ulubionych miejsc na ziemi).

On i Agnieszka Lewińska – jako właściciele „Shekiny” – pomogli mi sfinansować druk książk

https://shekina.eu/pl/

Osobą, która sprawiła, że z powodzeniem wkroczyłem do szkoły średniej ( i ją ukończyłem!) była dyrektor Centrum Edukacji Zdroje, za co jestem Jej do dziś bardzo wdzięczny.

Danuta Langowska pomogła mi i tym razem, stając się sponsorką mojej książki.

Już jutro zacznie się przedsprzedaż książki w Wydawnictwie KAdruk.

„Sprzedać samochód w Mauretanii”. Fragment

Postanowiłem opublikować fragment mojej książki, która niebawem pójdzie do druku. Wybrałem tekst, w którym opisuję wyprawę, w której towarzyszyła mi moja przyjaciółka Marilyn, którą poznałem kilka lat wcześniej w Afryce.

„Poniżej opisuję naszą podróż samochodem, która miała miejsce kilka lat później. Otóż wybraliśmy się do Afryki starym rozpadającym się pojazdem. Moja przyjaciółka mieszkała w Lyonie we Francji tam zaczęła się nasza przygoda. Samochód kupiony kilka dni wcześniej za sto pięćdziesiąt euro (renault 11) był w ciekawym stanie, na przykład zderzak przywiązano sznurkiem, a z jednej opony nawet wychodziły druty. Do tego brakowało koła zapasowego. To wszystko budziło niepewność, czy dojedziemy do tej Afryki, ale zarazem dawało zapowiedź ciekawych przeżyć.

Ruszyliśmy pełni wiary w siebie i w samochód. Ten okazał się być wyjątkowo oszczędny, bo przy wolnej jeździe spalał cztery litry ropy na sto kilometrów. I to chyba był jego jedyny walor. Ale przejazd przez Francję i Hiszpanię nie przyniósł żadnych szczególnych przeżyć – na drogach europejski spokój i porządek.

Maroko przyniosło diametralną odmianę. Tam na drogach, zwłaszcza w miastach, panuje – jak to nazywam – partyzantka, chaos na najwyższym poziomie. Samochody mijają się na milimetry i robią to bezwypadkowo. Kiedy stałem w mieście na czerwonym świetle, w pewnym momencie kierowcy stojący za mną zaczynali trąbić, to oznaczało, że za parę sekund zapali się zielone. Dawali znać, żebym przypadkiem nie ruszył o pół sekundy za późno. I tak za każdym razem. W takiej to atmosferze jechaliśmy przez tamtejsze miasta.

Poza miastami było spokojniej, tyle że na drogach pełno policji. Cztery razy zatrzymywali mnie za przekroczenie prędkości i ani razu nie zapłaciłem mandatu. Acha, nie wspomniałem jeszcze, że wówczas nie miałem prawa jazdy, bo jakiś czas wcześniej w Polsce zabrano mi je za punkty karne. Zawsze mi się jakoś udawało, raz wmówiłem policjantom, że dowód osobisty to polskie prawo jazdy, a trzy razy po prostu wyprosiłem, żeby mnie nie karali. Twierdziłem z całym przekonaniem, że podczas wczorajszej kontroli miałem dokumenty i naprawdę nie wiem, co się z nimi stało.

To ważne, żeby w obcych krajach jeździć przepisowo, bo co wolno miejscowym, to nie znaczy, że wolno obcym. Warto też uważać na pieszych. Na przykład przejechanie dziecka, które akurat wskoczyło pod koła podobno może skończyć się linczem. Raz mało brakowało, bo właśnie w Mauretanii w małym pustynnym miasteczku, dziewczynka wbiegła mi prosto przed maskę. Na szczęście zdążyłem zahamować.

Po Maroko i Saharze Zachodniej dotarliśmy do Mauretanii, gdzie już na granicy chciano kupić nasz renault 11. Na odcinku czterech kilometrów pomiędzy punktami kontrolnymi obu tych krajów odbywa się handel samochodowy na sporą skalę. Po opuszczeniu terytorium Maroko można sprzedać samochód, nie wjeżdżając do Mauretanii. Dodajmy – każdy, tak z dokumentami jak i bez – to tylko kwestia ceny.

My jednak pojechaliśmy dalej. W mieście Nawazibu pewien miejscowy chciał kupić nasz samochód za tysiąc pięćset euro. Być może to błąd, że nie sprzedaliśmy go właśnie jemu.

Jadąc przez Afrykę, czuliśmy, że w kontaktach z ludźmi coś jest nie tak. Nie rozmawiali z nami w sposób, jak to się działo w podróżach autostopem. Podchodzili do nas interesownie, chcąc skubnąć, cokolwiek się da. Policjant zdzierał z nas, ile mógł, bo wiedział, że skoro mamy samochód, to i mamy pieniądze. Pojazdu trzeba też pilnować, bo jest świetnym łupem dla złodziei. A jak się zepsuje, to pojawia się poważny problem. Zrozumieliśmy, że samochód, to utrapienie, więcej utrudnień niż ułatwień. To też uwiązanie, bo jeśli chcemy wejść na górę, nie możemy zejść z drugiej strony i sobie pójść dalej, bo musimy wrócić tam, gdzie zostawiliśmy samochód.

Prawdziwa wolność, to podróż z samym plecakiem i bez biletu powrotnego.”

Przez Europę. Odkrywanie miast

Mimo obostrzeń i zmieniających się dosłownie co dzień przepisów udało mi się  odwiedzić kilkanaście europejskich miast. Ponownie odwiedziłem Bratysławę, która podczas mojej pierwszej wizyty nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Tym razem byłem urzeczony. Pobyt w Ljubianie powoli przybliżał mnie do śródziemnomorskich klimatów, które w pełni objawiły się w nocnym Trieście. Natomiast piorunujące wrażenie wywarła na mnie Wenecja, ponieważ spodziewałem się turystycznej tandety, a zobaczyłem arcydzieło architektoniczne i konstruktorskie. San Marino – to państwo filigranowe i niezwykle urokliwe, zwłaszcza nocą, kiedy to na ulicach pojawiają się zamiast turystów jego obywatele. Rawenna i Mediolan – każde inne, ale równie zachwycające zabytkami i klimatem. Atmosfera starego miasta w Genui okazała się niepowtarzalna. I pomyśleć, że tymi zaułkami przechadzał się Kolumb…  Natomiast w Bolonii, w tropikalnym prawie upale, momentami  czułem się jakby przeniesiony parę wieków wstecz. 

To nie koniec wakacyjnych wspomnień…

Szczecin, mój port macierzysty

Od paru lat opisuję i pokazuję Wam tajemnicze zakątki świata, a przecież moje rodzinne miasto jest takie niezwykłe. Szczecin – tu się urodziłem, przeżyłem dzieciństwo, zdałem maturę w Centrum Edukacji Zdroje. Poznałem mądrość i zdobyłem doświadczenia, które pozwoliły mi w zdrowiu i szczęściu przemierzyć ponad sto krajów.
Przez ostatnie lata, choć większość czasu spędzam w drodze, Szczecin uważam za „mój port macierzysty”. Wygłaszając moje prelekcje na terenie całego kraju, z dumą o nim opowiadam.
Przyzywa mnie zarówno wspomnieniami z dawniejszych lat, jak i dzisiejszym swym pięknem. Lubię chadzać ulicami i wypatrywać szczegóły pamiętane z dzieciństwa. W takich chwilach pojawia się pytanie, na ile zmieniło się samo miasto, a na ile spojrzenie obserwującego?
Poniżej zdjęcia z filmu „Kurc” w reż. Borysa Lankosza