„Sprzedać samochód w Mauretanii”. Fragment książki „Na obrzeżach świata – w centrum życia”

Postanowiłem opublikować fragment mojej książki, która niebawem pójdzie do druku. Wybrałem tekst, w którym opisuję wyprawę, w której towarzyszyła mi moja przyjaciółka Marilyn, którą poznałem kilka lat wcześniej w Afryce.

„Poniżej opisuję naszą podróż samochodem, która miała miejsce kilka lat później. Otóż wybraliśmy się do Afryki starym rozpadającym się pojazdem. Moja przyjaciółka mieszkała w Lyonie we Francji tam zaczęła się nasza przygoda. Samochód kupiony kilka dni wcześniej za sto pięćdziesiąt euro (renault 11) był w ciekawym stanie, na przykład zderzak przywiązano sznurkiem, a z jednej opony nawet wychodziły druty. Do tego brakowało koła zapasowego. To wszystko budziło niepewność, czy dojedziemy do tej Afryki, ale zarazem dawało zapowiedź ciekawych przeżyć.

Ruszyliśmy pełni wiary w siebie i w samochód. Ten okazał się być wyjątkowo oszczędny, bo przy wolnej jeździe spalał cztery litry ropy na sto kilometrów. I to chyba był jego jedyny walor. Ale przejazd przez Francję i Hiszpanię nie przyniósł żadnych szczególnych przeżyć – na drogach europejski spokój i porządek.

Maroko przyniosło diametralną odmianę. Tam na drogach, zwłaszcza w miastach, panuje – jak to nazywam – partyzantka, chaos na najwyższym poziomie. Samochody mijają się na milimetry i robią to bezwypadkowo. Kiedy stałem w mieście na czerwonym świetle, w pewnym momencie kierowcy stojący za mną zaczynali trąbić, to oznaczało, że za parę sekund zapali się zielone. Dawali znać, żebym przypadkiem nie ruszył o pół sekundy za późno. I tak za każdym razem. W takiej to atmosferze jechaliśmy przez tamtejsze miasta.

Poza miastami było spokojniej, tyle że na drogach pełno policji. Cztery razy zatrzymywali mnie za przekroczenie prędkości i ani razu nie zapłaciłem mandatu. Acha, nie wspomniałem jeszcze, że wówczas nie miałem prawa jazdy, bo jakiś czas wcześniej w Polsce zabrano mi je za punkty karne. Zawsze mi się jakoś udawało, raz wmówiłem policjantom, że dowód osobisty to polskie prawo jazdy, a trzy razy po prostu wyprosiłem, żeby mnie nie karali. Twierdziłem z całym przekonaniem, że podczas wczorajszej kontroli miałem dokumenty i naprawdę nie wiem, co się z nimi stało.

To ważne, żeby w obcych krajach jeździć przepisowo, bo co wolno miejscowym, to nie znaczy, że wolno obcym. Warto też uważać na pieszych. Na przykład przejechanie dziecka, które akurat wskoczyło pod koła podobno może skończyć się linczem. Raz mało brakowało, bo właśnie w Mauretanii w małym pustynnym miasteczku, dziewczynka wbiegła mi prosto przed maskę. Na szczęście zdążyłem zahamować.

Po Maroko i Saharze Zachodniej dotarliśmy do Mauretanii, gdzie już na granicy chciano kupić nasz renault 11. Na odcinku czterech kilometrów pomiędzy punktami kontrolnymi obu tych krajów odbywa się handel samochodowy na sporą skalę. Po opuszczeniu terytorium Maroko można sprzedać samochód, nie wjeżdżając do Mauretanii. Dodajmy – każdy, tak z dokumentami jak i bez – to tylko kwestia ceny.

My jednak pojechaliśmy dalej. W mieście Nawazibu pewien miejscowy chciał kupić nasz samochód za tysiąc pięćset euro. Być może to błąd, że nie sprzedaliśmy go właśnie jemu.

Jadąc przez Afrykę, czuliśmy, że w kontaktach z ludźmi coś jest nie tak. Nie rozmawiali z nami w sposób, jak to się działo w podróżach autostopem. Podchodzili do nas interesownie, chcąc skubnąć, cokolwiek się da. Policjant zdzierał z nas, ile mógł, bo wiedział, że skoro mamy samochód, to i mamy pieniądze. Pojazdu trzeba też pilnować, bo jest świetnym łupem dla złodziei. A jak się zepsuje, to pojawia się poważny problem. Zrozumieliśmy, że samochód, to utrapienie, więcej utrudnień niż ułatwień. To też uwiązanie, bo jeśli chcemy wejść na górę, nie możemy zejść z drugiej strony i sobie pójść dalej, bo musimy wrócić tam, gdzie zostawiliśmy samochód.

Prawdziwa wolność, to podróż z samym plecakiem i bez biletu powrotnego.”

 

Przez Europę. Odkrywanie miast

Mimo obostrzeń i zmieniających się dosłownie co dzień przepisów udało mi się  odwiedzić kilkanaście europejskich miast. Ponownie odwiedziłem Bratysławę, która podczas mojej pierwszej wizyty nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Tym razem byłem urzeczony. Pobyt w Ljubianie powoli przybliżał mnie do śródziemnomorskich klimatów, które w pełni objawiły się w nocnym Trieście. Natomiast piorunujące wrażenie wywarła na mnie Wenecja, ponieważ spodziewałem się turystycznej tandety, a zobaczyłem arcydzieło architektoniczne i konstruktorskie. San Marino – to państwo filigranowe i niezwykle urokliwe, zwłaszcza nocą, kiedy to na ulicach pojawiają się zamiast turystów jego obywatele. Rawenna i Mediolan – każde inne, ale równie zachwycające zabytkami i klimatem. Atmosfera starego miasta w Genui okazała się niepowtarzalna. I pomyśleć, że tymi zaułkami przechadzał się Kolumb…  Natomiast w Bolonii, w tropikalnym prawie upale, momentami  czułem się jakby przeniesiony parę wieków wstecz. 

To nie koniec wakacyjnych wspomnień…

Prawdziwa podróż – w mrok i niepewność

Oto zapis fotograficzny i filmowy niezwykłej wyprawy, podczas której poczułem się wyjątkowo… wyjście z podziemi wyzwoliło nowe spojrzenie na otaczający mnie świat, ale przekonajcie się sami:

https://www.youtube.com/watch?v=PH_mceIfn98

Zapraszam do oglądania moich filmów i subskrybcji mojego kanału: https://www.youtube.com/user/KurcMariusz

Szczecin, mój port macierzysty

Od paru lat opisuję i pokazuję Wam tajemnicze zakątki świata, a przecież moje rodzinne miasto jest takie niezwykłe. Szczecin – tu się urodziłem, przeżyłem dzieciństwo, zdałem maturę w Centrum Edukacji Zdroje. Poznałem mądrość i zdobyłem doświadczenia, które pozwoliły mi w zdrowiu i szczęściu przemierzyć ponad sto krajów.
Przez ostatnie lata, choć większość czasu spędzam w drodze, Szczecin uważam za „mój port macierzysty”. Wygłaszając moje prelekcje na terenie całego kraju, z dumą o nim opowiadam.
Przyzywa mnie zarówno wspomnieniami z dawniejszych lat, jak i dzisiejszym swym pięknem. Lubię chadzać ulicami i wypatrywać szczegóły pamiętane z dzieciństwa. W takich chwilach pojawia się pytanie, na ile zmieniło się samo miasto, a na ile spojrzenie obserwującego?
Poniżej zdjęcia z filmu „Kurc” w reż. Borysa Lankosza

Wspomnienia z Indonezji

Zamieszczam kilka zdjęć z mojego ostatniego pobytu w Indonezji ze stycznia i lutego 2020 roku. Tak sobie myślę, że przez najbliższe miesiące, a może nawet lata, będą nam musiały wystarczyć same wspomnienia lub wspomnienia innych. Granice pozostają zamknięte i nie wiadomo, na jak długo.
1. Typowa jawajska wieś. 2. Przeprawa przez rzekę. 3. Półmisek ze skamieniałego drewna. 5. Pola ryżowe. 6. Lokalna biżuteria.

Migawki ze świata

Ostatnie dwa miesiące obfitowały w niecodzienne wydarzenia, które nieoczekiwanie zatrzymały mnie w miejscu. Zanim do tego doszło, a o czym jeszcze napiszę, wspomnę, że od czasu podróży do Rosji, czyli w drugiej połowie 2019  roku, odwiedziłem kolejne kraje. Ponownie byłem między innymi w Emiratach Arabskich i Nepalu. W nielubianych przeze mnie  Indiach przeżyłem niezwykle święto światła – diwali. 

Ale przede wszystkim spełniłem też swoje wielkie marzenie, czyli przez całe cztery dni zwiedzałem Bhutan. Dlaczego zdecydowałem się na tak krótki pobyt? Ano dlatego, że jeden dzień kosztował 280 dolarów – to opłata za obowiązkowego przewodnika, wyżywnienie, transport i noclegi. Po tym niezwykłym kraju,  który dopiero niedawno otworzył się na świat i turystów, nie można podróżować samodzielnie. Spodziewałem się, że Bhutan podobny jest do Nepalu, okazało się jednak, że jest jedyny w swoim rodzaju. Zaskoczył mnie porządek panujących zarówno w miastach, jak i na wsiach.  Mieszkańcy ujęli mnie swą niezwykłą uprzejmością i wiedzą, wynikającą z bardzo wysokiego poziomu powszechnej edukacji. Ich zaaangażownie w praktyki religijne wydaje się  podyktowane nie tylko tym, że buddyzm jest w Królestwie Smoka religią jedynie uznawaną,  ale także wielką wewnętrzna potrzebą. W tej monarchii konstytucyjnej na każdym kroku spotykałem portrety króla o imionach Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, darzonego autentycznym szacunkiem.

Moja kolejna podróż  rozpoczęła się pod koniec stycznia 2020 roku w Malezji, do której leciałem przez już wtedy objętę epidemią Chiny. Na szczęście była to tylko przesiadka.

I znowu dane mi było spełnić moje kolejne marzenia, mimo że złowieszczy koronawirus pojawiał się w kolejnych krajach. Przede wszystkim przemierzyłem w ciągu jednej doby Tajwan i to autostopem – zawsze chciałem tego dokonać. Ale jeszcze bardziej chciałem zobaczyć wreszcie Japonię – zacząłem od malowniczej wyspy Okinawa, nie rezygnując przy tym z podróżowania autostopem.  W tym kraju okazało się to nie lada wyczynem. I znowu jak za dawnych lat wyczekiwałem na „okazję” w deszczu i na wietrze, nieopodal  Osaki zajęło mi to prawie całą dobę. Dawno tak nie zmarzłem. Dotarłem przez Fukuoka do Tokio, które obezwładniło mnie swym ogromem. Kolejny wymarzony kraj – Korea Południowa nieco mnie rozczarowała – jak tak bogate społeczeństwo może żyć w  takim bałaganie? To pytanie zadawałem sobie zarówno w Seulu, jak w nadmorskim Busan. Z ulgą poleciałem do Nowosybirska, by po badaniu na obecność w mym organizmie koronowirusa i po dobie spędzonej na lotnisku, rozpocząć nowy etap podróży w Kirgistanie w mieście Osz. I tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Celniczka znalazła w moim paszporcie pieczątkę z Japonii, co od razu zakwalifikowało mnie do deportacji. Ponieważ następny samolot był  nazajutrz, zamknięto mnie w izolatce, raczej bez wygód i bez wyżywienia. Jeden z pograniczników kupił mi jednak jedzenie.  Wylądowałem ponownie w Nowosybirsku, skąd wysłano mnie do Pragi. W ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem granic spowodowanym pandemią, znalazłem się w Polsce. 

Czy to oznacza koniec podróży?

Dlaczego lubię Rosję?

Czasami trudno odpowiedzieć na tak niby proste pytanie. Posłużę się więc zdjęciami…