Migawki ze świata

Ostatnie dwa miesiące obfitowały w niecodzienne wydarzenia, które nieoczekiwanie zatrzymały mnie w miejscu. Zanim do tego doszło, a o czym jeszcze napiszę, wspomnę, że od czasu podróży do Rosji, czyli w drugiej połowie 2019  roku, odwiedziłem kolejne kraje. Ponownie byłem między innymi w Emiratach Arabskich i Nepalu. W nielubianych przeze mnie  Indiach przeżyłem niezwykle święto światła – diwali. 

Ale przede wszystkim spełniłem też swoje wielkie marzenie, czyli przez całe cztery dni zwiedzałem Bhutan. Dlaczego zdecydowałem się na tak krótki pobyt? Ano dlatego, że jeden dzień kosztował 280 dolarów – to opłata za obowiązkowego przewodnika, wyżywnienie, transport i noclegi. Po tym niezwykłym kraju,  który dopiero niedawno otworzył się na świat i turystów, nie można podróżować samodzielnie. Spodziewałem się, że Bhutan podobny jest do Nepalu, okazało się jednak, że jest jedyny w swoim rodzaju. Zaskoczył mnie porządek panujących zarówno w miastach, jak i na wsiach.  Mieszkańcy ujęli mnie swą niezwykłą uprzejmością i wiedzą, wynikającą z bardzo wysokiego poziomu powszechnej edukacji. Ich zaaangażownie w praktyki religijne wydaje się  podyktowane nie tylko tym, że buddyzm jest w Królestwie Smoka religią jedynie uznawaną,  ale także wielką wewnętrzna potrzebą. W tej monarchii konstytucyjnej na każdym kroku spotykałem portrety króla o imionach Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, darzonego autentycznym szacunkiem.

Moja kolejna podróż  rozpoczęła się pod koniec stycznia 2020 roku w Malezji, do której leciałem przez już wtedy objętę epidemią Chiny. Na szczęście była to tylko przesiadka.

I znowu dane mi było spełnić moje kolejne marzenia, mimo że złowieszczy koronawirus pojawiał się w kolejnych krajach. Przede wszystkim przemierzyłem w ciągu jednej doby Tajwan i to autostopem – zawsze chciałem tego dokonać. Ale jeszcze bardziej chciałem zobaczyć wreszcie Japonię – zacząłem od malowniczej wyspy Okinawa, nie rezygnując przy tym z podróżowania autostopem.  W tym kraju okazało się to nie lada wyczynem. I znowu jak za dawnych lat wyczekiwałem na „okazję” w deszczu i na wietrze, nieopodal  Osaki zajęło mi to prawie całą dobę. Dawno tak nie zmarzłem. Dotarłem przez Fukuoka do Tokio, które obezwładniło mnie swym ogromem. Kolejny wymarzony kraj – Korea Południowa nieco mnie rozczarowała – jak tak bogate społeczeństwo może żyć w  takim bałaganie? To pytanie zadawałem sobie zarówno w Seulu, jak w nadmorskim Busan. Z ulgą poleciałem do Nowosybirska, by po badaniu na obecność w mym organizmie koronowirusa i po dobie spędzonej na lotnisku, rozpocząć nowy etap podróży w Kirgistanie w mieście Osz. I tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Celniczka znalazła w moim paszporcie pieczątkę z Japonii, co od razu zakwalifikowało mnie do deportacji. Ponieważ następny samolot był  nazajutrz, zamknięto mnie w izolatce, raczej bez wygód i bez wyżywienia. Jeden z pograniczników kupił mi jednak jedzenie.  Wylądowałem ponownie w Nowosybirsku, skąd wysłano mnie do Pragi. W ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem granic spowodowanym pandemią, znalazłem się w Polsce. 

Czy to oznacza koniec podróży?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

three × 3 =